Budapeszt w III aktach

Akt I

Wstaję po nieprzespanej nocy, starsza już o rok. Nasz pociąg właśnie wjechał na peron stacji Keleti. Wychodzimy na dość smutno wyglądający dworzec. po którym kręci się mnóstwo bezdomnych. Starsza kobieta, o wyglądzie cyganki, wskazuje młodemu mężczyźnie osoby, które ma prosić o pieniądze. Wpatruje się we mnie, ale nic nie mówi. Póki co jestem przerażona. Jest wcześnie, a dodatkowo dziś Wielki Piątek, więc sklepy są zamknięte. Być może dlatego miasto wygląda na wymarłe. Nieprzyjemne wrażenie potęgują wszechobecni bezdomni. Są nie tylko w okolicy dworca, ale w całym mieście. Śpią w wejściach zamkniętych sklepów, bramach domów, czasami wręcz na chodniku. No i śmieci. Niekiedy całe ich sterty walące się po ulicy. Wszystko to sprawia, że początkowo Budapeszt wygląda szaro i brudno.

P3300004 (Copy)

*dworzec Keleti

Nie możemy się jeszcze zakwaterować, więc idziemy na kawę. Siedzimy nad parującymi kubkami i ustalamy plan działania. Posługując się mapą autobusów “hop on hop off” (organizujących przejazdy po mieście) lokalizujemy miejskie atrakcje, wyszukane na blogach podróżniczych. Zaznaczamy wszystko na planie. Żyrafek bierze aktywny udział w przygotowaniach. Dzielimy miasto na trzy części: zamek z cytadelą, centrum oraz plac bohaterów. Na pierwszy ogień bierzemy centrum.

P3300015 (Copy).JPG

*na kawie

Idziemy do  zwieńczonej dwiema wieżami Bazyliki św. Stefana. Przed wejściem do kościoła, na chwilę przysiadamy złapać oddech. Widać nieprzespana noc zaczyna mi dawać w kość.  Wejście do świątyni jest bezpłatne. Początkowo ustawiamy się w złej kolejce – na wieżę,(a raczej kopułę) ale już po chwili naprawiamy swój błąd. Z pewnością widoki z antresoli kopuły robią wrażenie, jako, że kościół jest trzecim pod względem wielkości budynkiem na Węgrzech. My jednak mijamy długą kolejkę i wchodzimy do środka. Świątynia poświęcona jest św. Stefanowi, pierwszemu królowi Węgier. Dziś po władcy pozostała tylko zmumifikowana ręka w relikwiarzu. I tu ciekawostka. Co łączy Kraków z Węgrami? My także posiadamy relikwie tegoż świętego. Chętni mogą je zobaczyć w Sanktuarium Miłosierdzia w kaplicy węgierskiej.

P3300023 (Copy)P3300019 (Copy)* Bazylika św. Stefana

Po kościele kontynuujemy spacer w stronę synagogi. Niestety okazuje się, że w tym roku żydowska Pascha zbiega się z chrześcijańską Wielkanocą, więc bożnica jest zamknięta. Możemy wrócić w poniedziałek. W dzielnicy żydowskiej idziemy na obiad – wegetariańskiego langosza, czyli placka. Tradycyjnie podawany jest ze śmietaną i żółtym serem. Nasz złożony jest na pół i z warzywami. Knajpka w której jemy nie oczarowuje wystrojem, ale za to ma bardzo przyjemną obsługę. Chwilę po tym, jak siadamy restauracja zapycha się głodnymi klientami. Szybko zaczyna brakować wolnych miejsc, więc kolejni klienci rzucają nam zniecierpliwione spojrzenia. Mimo to spokojnie dokańczamy posiłek i dopiero wtedy opuszczamy lokal, by ponownie zagubić się w uliczkach żydowskiej dzielnicy. Wychodząc dostrzegam zawieszoną na futrynie mezuzę (po hebr. drzwi), czyli niewielki pojemniczek z pergaminem z naniesionymi fragmentami Tory. Pobożni Żydzi wchodząc do budynku, powinni pocałować swoje palce, a następnie dotknąć nimi mezuzy, w miejscu, gdzie widnieje litera “ש” oznaczająca imię Boga – El Szaddaj.

P3300025 (Copy)-1.JPG

* Langosz

Poprzez dzielnicę żydowską obfitującą w ciekawe przykłady street artu, docieramy w okolicę dworca Nyugati. Tam znowu roi się od bezdomnych. Na szczęście, gdy siadamy na placu naprzeciwko stacji nikt nas nie niepokoi.

P3300031 (Copy)

* street art w dzielnicy żydowskiej
P3300043 (Copy)* dworzec Nyugati

Zaczyna brakować nam sił, więc tylko przechodzimy obok remontowanej opery, placu im. kompozytora Liszta, New York Palace i Diabelskiego Młyna, skąd z pewnością rozpościerają się fantastyczne widoki na miasto.

Idziemy odebrać klucze, ale wciąż jest za wcześnie. Spacerujemy dalej, ale już bez celu. Wracamy o 15. Pan M. wybrał apartament blisko dworca i budynku, w którym mamy obejrzeć przedstawienie. Do opery zostały dwie godziny, więc nie mamy czasu na drzemkę. Zamiast tego myjemy się i przebieramy. Odświeżeni ruszamy na artystyczny podbój miasta. Przedstawienie wystawiane jest w nowoczesnym budynku, blisko Luther utca.

Przyznaję, że Pan M. zaskoczył mnie prezentem. Nie tylko samą wycieczką, ale także, a może przede wszystkim, biletami do opery. Do tej pory pozostawał głuchy na wszelkie sugestie wycieczki do domu muzyki, a tu taka niespodzianka. Nie tylko zabrał mnie do opery, ale jeszcze wybrał jedno z trudniejszych i dłuższych przedstawień – Parsifal. Trzy akty trwają aż pięć godzin. Artyści śpiewają po niemiecku przy akompaniamencie wagnerowskiej muzyki. Nad sceną wyświetlane są napisy po węgiersku i angielsku. Muzyka piękna. Język pieśni… niekoniecznie. W pierwszym akcie dużo się dzieje. Zostajemy wprowadzeni w historię bractwa strzegącego świętego Graala i włóczni, którą przebito bok Chrystusa. W trakcie wojny włócznia zostaje ukradziona, a król ciężko zraniony. Jedyną szansą jest spełnienie się przepowiedni o prostym człowieku, który ma przybyć z pomocą. W drugim akcie Parsifal (ów prosty człowiek) jest kuszony na rozmaite sposoby, jednak bezbłędnie przechodzi przez wszystkie próby. W trzecim akcie…cóż…w trzecim akcie wracamy do domu, bo jako zaawansowana ciężarówka, która dopiero co przebyła długą podróż, nie mam już siły. Ale o tym sza….

Advertisements

One comment

  1. Zwiedzanie w ciąży może być wyzwaniem:) Byłam w Budapeszcie, wiele lat pracowałam w węgierskiej firmie, i jakoś mnie nie oczarował. Za to Belgrad- tak.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s