Akt II – budapesztańskie wzgórza

Wstajemy około dziesiątej. Zbieramy się bez pośpiechu, a śniadanie jemy w domu. Ze względu na mój stan, decydujemy się na poruszanie się po mieście autobusem turystycznym. W teorii możemy objechać Budapeszt wygodnie siedząc i słuchając przez słuchawki opisów mijanych miejsc. W praktyce nie udaje nam się dostać na piętro autobusu z otwartym dachem, więc siadamy na parterze, gdzie przez obklejone reklamą szyby niewiele widać. Próbuję słuchać nagrania, ale nie widzę opisywanych zabytków. Korzystając z okazji przesiadamy się kilkukrotnie, w końcu docierając także na pięterko. Naszą podróż kończymy przy hali targowej. Niestety, wraz z nami z autobusu wysiada tłum ludzi. Wszyscy idą w to samo miejsce, pooglądać stragany. Popełniamy błąd i skręcamy w alejkę z gastronomią. Po jednej stronie mini bary, po drugiej stoliki, a po środku chmara ludzi próbująca iść w obydwu kierunkach jednocześnie. Jakaś wyjątkowo nieogarnięta, a może po prostu niczym się nie przejmująca kobieta, pcha się koło nas z torbą zakupową na kółkach. Torując sobie drogę łokciami mija kolejne osoby, w tym i nas, które grzecznie stoją w rządku, by powoli przesuwać się do przodu. W końcu osiąga swój cel, bo przystaje przy jednej z budek, by tam prawdopodobnie znów, wepchać się w kolejkę i zamówić coś do jedzenia. Kiedy myślimy, że już nikt nas nie zaskoczy, naszym oczom ukazuje się kobieta, pchająca wózek inwalidzki ze starszą osobą. W żadnym razie nie zabraniam osobą starszym czy niepełnosprawnym poruszania się po hali targowej, tylko czy najbardziej zapchana alejka to dobry wybór? Z drugiej strony, może skręcili w nią nieświadomie, podobnie jak my? Starając się naprawić swój błąd, przy najbliższej okazji skręcamy w bok. Teraz mijamy stragany pełne typowych pamiątek, takich jak lalki, haftowane obrusy, kubki, kule śniegowe, czy tradycyjne stroje. Idziemy dalej i teraz z kolei oglądamy jedzenie. Ze straganowych blatów, patrzą na nas wiązanki z czerwonej papryki, mięso oraz Palinka.

blog2 (2) (Copy)P3310084 (2) (Copy)

 * zatłoczona alejka wewnątrz hali targowej / Żyrafek na tle hali

Z hali targowej idziemy prosto na obiad do restauracji specjalizującej się w humusie. Zamawiamy szakszukę, czyli żydowskie leczo, a oczekiwanie na nie uprzyjemnia nam miętowa lemoniada (prezent od restauracji). Gorąca szakszuka jest przepyszna i przyjemnie wypełnia nam żołądki.

P3310086 (2) (Copy)

* miętowa lemoniadka

 

Po obiedzie ponownie wsiadamy w autobus i jedziemy w stronę zamku. Tym razem, choć siedzimy na odsłoniętym piętrze, podziwianie zabytków utrudnia nam deszcz. Mokrzy, ale wciąż w dobrych humorach, wspinamy się pieszo na zamkowe wzgórze, rezygnując przy tym z przejazdu kolejką. Już na górze, obchodzimy zamek dookoła, bez zwiedzania jego muzealnych wnętrz. Ciągle pada, więc zamkowe tereny nieszczególnie nas porywają. Zresztą osiemnastowieczna twierdza znacznie ucierpiała w czasie II wojny światowej i obecny budynek nie do końca jest wierny oryginałowi.

P3310114 (2) (Copy).JPG

*kolejka na wzgórze zamkowe

Znów łapiemy busa, by tym razem udać się do cytadeli. Na szczęście po drodze niebo się rozpogadza, więc możemy cieszyć się powolnym spacerkiem. Po drodze mijamy stragan z pacynkami, które są chyba tutaj bardzo popularne, bo co i rusz, jakaś wpada mi w oko. W końcu docieramy na szczyt wzgórza, sławnego z najpiękniejszych widoków na stolicę Węgier. Jeszcze przed zbudowaniem cytadeli  w XIX wieku przez Austriaków, na górze Gellerta stała wzniesiona przez Turków palisada. Nazwa wzgórza nawiązuje do historii pewnego święta, Gellerta właśnie, który zginął zamknięty w beczce i wrzucony do rzeki. Po II Wojnie Światowej sowieccy towarzysze wznieśli tu pomnik wyzwolenia, obecnie pozbawiony komunistycznych emblematów i zmieniony w pomnik wolności. Z kolei u stóp góry mieszczą się sławne budapesztańskie termy. Niestety, termy to nie najlepsze miejsce dla zaawansowanej ciężarówki, więc tym razem musimy sobie odpuścić tą przyjemność.  Schodząc z góry mijamy bogato wyposażony plac zabaw. Pan M. nie może się powstrzymać i skacze na umieszczonej w ziemi trampolinie. Co ciekawe, zaraz po nim, na trampolinie pojawiają się kolejni dorośli śmiałkowie, widocznie zachęceni odwagą Pana M.

P3310132 (2) (Copy).JPG

*pomnik wolności – odbicie

Na koniec zwiedzania schodzimy do skalnego kościoła, którego wnętrze niestety, totalnie nas rozczarowuje. Zupełnie nijak ma się, do klimatu świątyni wydrążonej w skale. Dopiero po wyjściu zauważamy, że nawet pozornie ładna fasada, jest zaniedbana. W okiennicach straszą powybijane szyby, a w dawnej bramie piętrzy się kupa śmieci.

P3310158 (Copy).JPG

*boczna fasada skalnego kościoła

Krople deszczu zmuszają nas do ruszenia się z miejsca. Próbujemy złapać busa, ale najwyraźniej już nie jeżdżą, więc wracamy na piechotę. Po drodze łapiemy oddech w niepozornie wyglądającej kawiarni muzeum cafe. Tam właśnie Pan M. odkrywa swą budapesztańską miłość – tiramisu. Jak czas pokaże, to tiramisu zwabi nas ponownie w progi kawiarni. Teraz jednak kolejny dzień naszego pobytu dobiegł końca. Czas, więc opuścić kurtynę i udać się na przerwę. Kolejny akt za nami.

Advertisements

2 comments

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s